poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Niedopilnowana

Co tu dużo pisać? Chwila nieuwagi wystarczy, by dziecko weszło tam gdzie nie powinno. Tym bardziej jest wystarczająca, by dobrało się do niestrzeżonego przedmiotu leżącego na stole. W tym przypadku bobas zgarnął czekoladki. No bo jak tu się oprzeć słynnemu 'Merci'? ;) Mamy zatem za sobą pierwszy raz z czekoladą. Mały Człowiek wybrał deserową. To chyba najzdrowsza opcja ;)


Kiedy wasze maluchy pierwszy raz skosztowały tego słodkiego cuda? :)

czwartek, 7 sierpnia 2014

Tuliś na spacerze

Czy wspominałam już, iż Mały Człowiek ma ukochaną przytulankę? Jest nią niepozorna pacynka zwana potocznie tulimisiem, bądź po prostu tulisiem. Od pewnego czasu tuliś na dobre zagościł w życiu Bąbla i nie ma szans, choćby na to, by iść bez niego spać.


Poszedł więc tuliś na spacer. Nie sam, o nie, tylko w towarzystwie Małego Człowieka i Prababci. Jednak tulisie potrzebują chyba trochę prywatności i czasu dla siebie, bo Prababcia wróciła zaspana, zziajana i trochu zdenerwowana. Niepokorna przytulanka nie słuchała Babci i niezauważenie oddaliła się od wycieczki. Kiedyś już podczas innej wędrówki oddalił się jeden mały bucik, ale umówmy się - gdyby ten się nie znalazł, to Mały Człowiek zupełnie by się tym nie przejął, ale tym razem chodziło o przyjaciela. Się Babcia przejęła zatem i wracała przez las w poszukiwaniu urwisa. Wrócili w pełnym składzie, przynosząc ze sobą dodatkowo kilka grzybków, więc wycieczka zakończona pozytywnie. :)

sobota, 19 lipca 2014

Migawki z życia (1)

Obiecałam, że nadrobię zdjęciowo. Brak mojej aktywności na blogu wiązał się z brakiem czasu, a co za tym idzie, z tego okresu nie mam również prawie żadnych zdjęć. Te z tego posta pochodzą wszystkie z dnia wczorajszego. 
Jesteśmy z Małym Człowiekiem u drugiej Babci i staramy się jak najbardziej skorzystać z pięknej, letniej pogody, zatem praktycznie non stop przebywamy na zewnątrz. Nawet posiłki Malucha konsumowane są na werandzie :)

Nim zaproszę Was do oglądania zdjęć, uprzedzę tylko, że marny ze mnie fotograf, a zachciało mi się "artystycznych kadrów" ;) Zatem enjoy!





A dziś? Botwinka z ziemniaczkami (o której pisałam już na fb - o fuj... a tak lubię :( ) i góra fasolki szparagowej, którą trzeba było zebrać i obrać. Część ugotowana i czeka na zjedzenie, a część pewnie do mrożenia, tylko ciekawa jestem, jak to zrobić, żeby później była tak dobra, jak prosto z pola, tudzież, jak ze sklepowych mrożonek. Jakieś pomysły?

Pozdrawiamy :)


wtorek, 15 lipca 2014

Śniadania i kolacje

Miało być zdjęciowo, ale wcześniej kilka słów o jedzeniu. Był czas, kiedy Mały Człowiek miał stałe pory posiłków i w miarę zaplanowane menu. Rano i wieczorem kaszka ryżowa, na drugie śniadanie sinlac, jakaś zupka na obiadek i owocki na deser. Od pewnego czasu nastąpiła zmiana. Wprawdzie obiadek i owoce wciąż w modzie, za to kaszki są już passe. Przez pewien czas na śniadania i kolacje Bobo jadło kanapeczki. Z pasztetem, z dżemikiem lub po prostu z masełkiem + butla mleka, jednak ostatnio i to Małemu Człowiekowi nie odpowiada. 
Próbowałam podawać kaszkę mannę z owocami, płatki ryżowe z owocami, same owoce, jajecznicę i parówkę. Z wymienionej listy podpasowała jedynie parówka, której jednak ja zbytnio nie chcę podawać, bo składy przyprawiają o ból głowy. Czasem Ziarenko zajada się też owocami, ale to zależy od dnia, a po drugie - same owoce, to jednak mało treściwe śniadanie. Pozostałe pozycje najczęściej tylko degustuje i po kilku łyżeczkach odmawia współpracy zaciskając usta lub biorąc do buzi, a później widowiskowo plując na wszystkie strony. O ile kolację jakoś jeszcze przebolewam, bo w łóżeczku zawsze z chęcią pije jedną-dwie butle  mleka (mleko tylko w łóżeczku do spania i już!), tak poranki mnie przerażają. Dlaczego? Po śniadaniu Mały Człowiek potrafi zasnąć jeszcze przed 10.00 i spać nawet do 12.00. Jej rekordem była 14.00. 
Wtedy wstaje i od razu je obiadek. Z tym najczęściej nie ma problemu. Najchętniej je to, co pozostali domownicy i to z ich talerzy. Z tego powodu zaprzestaliśmy w gotowaniu dodawania wszelakich kostek rosołowych, mniej doprawiamy, a ja muszę gotować dla malucha osobno prawie wyłącznie wtedy, gdy "dorosłym" obiadem jest pieczarkowa, ogórkowa, etc. Zaznaczę też, że Ziarenko je nasze obiadki bez żadnego zgniatania. Papki są ble... Lepsze są pokrojone w kosteczkę warzywa, czy makaron w sporych kawałkach. Tylko mięso trzeba wręcz szatkować, bo mimo swoich czterech ząbków, nawet nie próbuje mięska pogryźć, niezależnie od wielkości czy twardości.

Jak u was wygląda kwestia śniadań i kolacji? Macie jakieś rady, co mogłabym przyrządzić, mając szansę na to, iż zostanie to zjedzone, a nie rozbryzgane po całej kuchni?

Pozdrawiam słonecznie :)

sobota, 12 lipca 2014

Mam 10,5 miesiąca i potrafię...

Gdy myślę o swojej blogowej aktywności ostatnio, to do głowy przychodzą mi słowa piosenki:
"Pojawia się i znika, i znika...". Mało mnie tu. Wchodzę na bloga i myślę, że w końcu wszystko nadrobię, ale zaraz uznaję, że jednak poświęcanie czasu Małemu Człowiekowi jest priorytetem. Jak Bąbelek śpi, to z kolei pełną parą rusza klasyczna aktywność domowa - pranie, prasowanie, gotowanie, sprzątanie... i tan na okrągło.
Chciałam nadrabiać stopniowo, ale jeśli się nic nie zmieni, to nie wyrobiłabym się aż do roczku więc lecimy hurtowo ;)

Mam 10,5 msc
Ważę 9kg
Noszę ubranka w rozmiarze 74
Co potrafię?
  • sama siadam i wstaję
  • raczkuję
  • wchodzę po schodach
  • potrafię chwilę stać bez trzymania
  • chodzę przy meblach, trzymana za rączki, czasem tylko za jedną 
  • wskazuję ręką na pożądany przedmiot lub kierunek i mówię 'da'
  • pokazuję jaka duża urosnę i robię papa
  • szukam przedmiotu o który mamusia prosi i go jej podaję (lub tylko chwalę się, że go znalazłam ;) )
  • mówię 'mama' i 'tata'
  • jem sama (rączkami) kanapeczki, owoce i warzywa
To takie główne umiejętności. Jako mama jestem strasznie z Małego Człowieka dumna. Uważam, że jest zdolna i bardzo szybko chwyta nowe umiejętności choć ze mnie kiepska nauczycielka ;)

Znacie już osiągnięcia Maluszka, następnym razem nadrobię zdjęciowo :)

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Po nieobecności kilka słów o karmieniu

Odzywam się trochę nieśmiało po długiej nieobecności. Cisza ta wynikała przede wszystkim z matki obowiązkami związanymi z sesją, czyli nauka, nauka i jeszcze raz nauka. Czas który zostawał poświęcałam Małemu Człowiekowi i na internety już nie było miejsca w planie dnia. Teraz wróciłyśmy do domu wraz z Małym Człowiekiem i liczę na to, że teraz będzie trochu więcej wolnego, choć grafik i tak dość napięty ;) Nadrobienie zaległości odbywać się będzie stopniowo, jak sądzę. Za to teraz kilka słów o mleku matki, a raczej o karmieniu piersią.
Będąc jeszcze w ciąży mocno byłam nastawiona na karmienie piersią i nawet nie wyobrażałam sobie, że mogłoby być inaczej. Po porodzie, mimo cesarskiego cięcia, wszystko wskazywało na to, że nie będzie z tym najmniejszego kłopotu. Pozornie bezproblemowo było. Tylko Urwis dość często popłakiwał w czasie karmienia. Przestał przybierać na wadze już w drugim miesiącu życia i trwało to przez dobry miesiąc, póki nie zaczęliśmy Małego Człowieka dokarmiać mlekiem modyfikowanym. Jak to zwykle bywa, stopniowo posiłków z butelki było coraz więcej, mimo że walczyłam dzielnie. No ale w końcu zaczęło się przybieranie na wadze, a płacz w czasie jedzenia był rzadszy bo tylko przy piersi... Mniej więcej w styczniu na dobre skończyło się jedzenie mleczka mamusi. Początkowo czułam olbrzymi smutek i miałam wielkie poczucie winy. Przecież mleko matki jest najlepsze. Jak kobiecie nie uda się karmić piersią to na pewno za mało się starała, jak dziecko nie chce ssać, to trzeba je przegłodzić, żeby później się najadało, jak matkę boli to ma zęby zaciskać i cierpieć bo tak trzeba, itp itd. Takie myśli mnie męczyły dość długo, a potem przycichło. 
Temat wrócił niespodziewanie kilka dni temu. W mojej głowie pojawiła się zupełnie inna myśl. Przy naszym stylu życia i częstych całodniowych rozłąkach karmienie piersią byłoby co najmniej sporym utrudnieniem. Jak dziś pamiętam nieprzyjemne chwile związane z odciąganiem mleka w uczelnianej toalecie, a później noszenie mleka i całej 'aparatury' z torebce i tak już załadowanej książkami. Pamiętam też dylematy w czasie wykładów - czy zdołam wytrzymać do przerwy bez odciągania mleka i czy przerwę między wykładami poświęcić na to, by zjeść jakiś obiad czy na dłuższy pobyt w toalecie. Te refleksje i spojrzenie z perspektywy czasu spowodowały iż uznałam, że tak właśnie miało być. W tym scenariuszu obie jesteśmy szczęśliwe, a to chyba najważniejsze.

Dla mnie wniosek jest jeden. Mimo, iż dla dziecka najlepszym pokarmem jest mleko matki, to nie można się dać zwariować.


piątek, 23 maja 2014

Przepraszam, jestem tylko młodą mamą

Gdy kobieta zostaje matką, dziecko staje się nagle centrum jej życia. Wszyscy bliżsi i dalsi znajomi muszą wtedy uważać na to, o co pytają. Wystarczy pozornie niegroźne "Co słychać?", by zostać zadręczonym godzinną opowieścią o tym, jak to maluch słodko się zaczął uśmiechać, że super przybiera na wadze, czy nawet o tym, iż matka jest przerażona faktem, że pierworodny zrobił zieloną kupę i ona już wyczytała w internecie, że to na bank oznacza (w najlepszym przypadku!) alergię pokarmową. 

W większości przypadków, z biegiem czasu zaczynają pojawiać się w rozmowach również inne tematy, stąd moja rada (jako matki, która sama przechodzi/przechodziła ten etap) – trzeba to po prostu przeczekać. Jeśli nie fascynują Cię perypetie małych berbeciów, można o tym delikatnie zaaferowanej matce przypomnieć, jednak nie miejcie do nas żalu. Pewno ciężko to zrozumieć komuś, kto z dziećmi nie ma i nie miał nic wspólnego, jednak pojawienie się dziecka, to ogromna rewolucja w życiu. Przynajmniej na pewien czas, matka zapomina o tym, że jest oddzielną od dziecka istotą (tak, tak – czwarty trymestr to nie tylko domena noworodka, ale także i jego matki) i potrafi się skupić tylko na tematach związanych z jego funkcjonowaniem. Później będzie lepiej. Nie twierdzę, że temat potomka zupełnie zniknie z rozmów, ale będzie rzadszy. Tak samo, jak i sama obecność dziecka. Początkowo młoda mama nie chce się rozstawać ze swoim maleństwem nawet na sekundę, a największym wyczynem jest pójście pod prysznic. Potem zaczynają się przymusowe rozłąki. W moim przypadku pierwszym i najstraszniejszym rozstaniem z Małym Człowiekiem, była kontrola u lekarza i ściąganie szwów po cc. Miałam wrażenie, że pół godziny bez dziecka, to wieczność. Okazało się, że Bąbel nieobecność mamy przespał, więc nawet nie był świadomy, że w otoczeniu nastąpiła jakaś zmiana. Każdą kolejną rozłąkę z urwisem znosiłam lepiej. Aktualnie naszym rekordem jest niemal doba, z tym, że matka dziecko położyła spać i dopiero pojechała, a to, że nie ma jej o poranku, nie jest zaskoczeniem ze względu na wyjazdy na studia.

Jak już mowa o studiach, które dla mnie są wciąż główną odskocznią od pieluch, to niestety tam nabroiłam chyba z początku najwięcej. Bardzo łatwo wychodziło, że niedawno urodziłam, a potem to już wszystko staczało się po równi pochyłej. Zdjęcia, opowieści itd... Myślę, że mogłam tak sporo osób do siebie zniechęcić lub co najmniej zażenować ;) Nie opowiadałam może intymnych szczegółów, jednak nie zmienia to faktu, że dzieckiem chwaliłam się niemalże przypadkowym osobom! Pewnie tym bym się jednak tak strasznie nie przejęła, w końcu nie zależy mi na tych ludziach. Jednak na przyjaciołach to już mi bardzo zależy. Główną motywacją do napisania tego postu była rozmowa z przyjaciółką, która brutalnie uświadomiła mi, że niezbyt wiem, co dzieje się u niej, bo rozmowa zawsze schodzi na Bąbla. Przyznaję – początkowo się buntowałam i niemal obraziłam, no bo jak Ona może mi to wypominać? Czy Ona nie może zrozumieć, że Mały Człowiek to cały mój świat? Szybko jednak zrozumiałam, że prawda jest taka, że ona nie musi tego rozumieć, a warto docenić to, że przynajmniej się stara! Z tego miejsca Cię kochana przepraszam i obiecuję poprawę. Może zresztą już zauważyłaś zmiany. 

Na koniec rady dwie, a może raczej wnioski. Po pierwsze, mamusie kochane - to, że o dziecku możemy opowiadać godzinami to nic złego, jednak co za dużo, to niezdrowo. Z drugiej strony kilka słów do reszty społeczeństwa - bądźcie  dla nas wyrozumiali. To naprawdę mija.


Pozdrawiamy,
Mama i Brzdąc